Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

IntoKino | 17/10/2017

Scroll to top

Top

„Ziarno prawdy” sztucznie zmodyfikowane (reż. Borys Lankosz, 2015)

„Ziarno prawdy” sztucznie zmodyfikowane (reż. Borys Lankosz, 2015)

Na początku „Ziarna prawdy” jeden z drugoplanowych bohaterów mówi coś na zasadzie; „kto całe życie mieszkał w Warszawie, ten nic o życiu nie wie”. Śmiałe to zdanie i brzmi całkiem nieźle – mi, od urodzenia w Warszawie mieszkającemu, spodobała się zapowiedź prezentacji prawdziwego życia, czytaj „prawdziwej Polski”, którą miałem obejrzeć na ekranie. No i co ? No i pstro.

Kryminałów Miłoszewicza o Teodorze Szackim nie czytałem, ale w tym przypadku działa to na rzecz neutralnej oceny, gdyż nie miałem żadnych oczekiwań ani wyobrażeń o bohaterze. Obejrzałem film kryminalny i odnoszę sie do niego bez kontekstów.

Konstrukcja fabuły podobna jest do klasycznych opowieści o samotnym detektywie, a tym co zakorzenić ma ją w sercach polskiego widza to jej „lokalność” i odniesienie do znanej nam codzienności. Jesteśmy zatem w Sandomierzu, w którym przybyły z Warszawy prokurator Szacki (Więckiewicz) przejmuje sprawę tajemniczego morderstwa. I o ile przebieg tej historii jest dobrze rozplanowany, o tyle jej realizacja zdecydowanie nie wypaliła.

Dlaczego? Otóż wspomniana autentyczność poza-warszawskiej Polski jest w „Ziernie prawdy” mniej więcej taka, jak przesłodzona wizja Warszawy w „Nigdy w życiu” na podstawie książki Grocholi i innych tego typu komeryjnych hitach. Paradoksalnie tym co zdradza twórców jest właśnie dopracowana technicznie realizacja. To nie był tani film robiony chałupniczo, zatem jego nierealistyczna estetyka jest świadomym wyborem, który doprawdy trudno pojąć.

Świat filmu filtrowany miękkim kolorem zdjęć koresponduje ze stonowanymi szarościami katalogowych kuchni, sypialni w drewnie i beżu, czy willi w stylu polskich dworków, w których bohaterowie dokonują wszelakich bezpruderyjnych interakcji – i bardziej tu pachnie marzeniem o Skandynawii niż staropolską autentycznością. Prócz tego film cechuje wiele nierealistycznych detali; na przykład sala konferencyjna służąca za komisariat? Bo nasz bohater – przypominam; prokurator – na komisariat najwyraźniej nie chadza, wszystko załatwia w domu, na laptopie lub robi to jego kolega z dochodzeniówki w rzeczonej sali ratusza, czy Pałacu Ślubów, czy cokolwiek to jest, bo na pewno nie komisariat. Wymuskani bohaterowie noszą pierwszorzędne płaszcze, krawaty i garsonki, a lokalna ludność zazwyczaj nie różni się niczym od pracowników warszawskiego centrum biznesowego. I ten elegancki Sandomierz wprowadzający nas do Europy… Już na poziomie wizualnym fałszywa nuta natrętnie bije w oczy widzów „Ziarna prawdy”.

Ideę wglądu w autentyczny świat prowincjonalnej Polski można zatem włożyć między bajki. Ale nawet abstrahując od przedstawionego świata i traktując owe jako literacką fikcję, razi teatralność sztucznych kostiumów spoczywających na barkach kolejnych bohaterów. Przez pierwsze pół godziny łudziłem się, że manieryczne kwestie aktorów służą stworzeniu świata złudzeń i pułapek. Każdy coś skrywa za nienaturalnym tonem głosu; skoro w małym mieście krzyżują się wszystkie drogi, o czym również złowieszczo uprzedzają mnie autorzy w jednym z dialogów, to pewnie zanurzę się w świat nieznany rozleniwionym warszawiakom. Niestety zamiast tego „Ziarno prawdy” prezentuje fabularne klisze, wrzucając w to zawsze gorący wątek polsko-żydowski.

Na wzór amerykański autorzy wprowadzili do dialogów przekorę i dowcip, ale to jeden z nielicznych jasnych elementów interakcji między postaciami. Dla mnie wszystko tu jest troszkę sztywne, a niektóre psychologiczne relacje przypominają pojedynki na grubo ciosane drewniane mieczyki.

Co do realizacji, to można niemal odliczać powtarzalność kolejnych scen i Więckiewicza wchodzącego na przemian z lewej lub prawej strony w nieruchomy kadr. Jeszcze gorzej, że „Ziarno prawdy” jest filmem bez drugiego planu. To już prawdzie osiągnięcie – prokurator Szacki porusza się niemal wyłącznie pustymi ulicami i spotyka tylko swoich współpracowników. Spotkania mniej czy bardziej „przypadkowe” inscenizowane są tylko w zamkniętym kadrze bądź pomieszczeniach, a gdy nasz prokurator pije kawę przy sandomierskim rynku, plac i okolice są całkowicie puste – czy to miasto jest opuszczone i przeklęte?

Ekranizacje współczesnych kryminałów (np. trylogia „Millennium”) także posługują się konstrukcją fabularną, w której zagadka kryminalna współżyć ma z codziennością i odniesieniami do nowoczesnych przemian społecznych. W „Ziarnie prawdy” tym co ma osadzać fabułę w rzeczywistości jest, prócz wspomnianej „prawdziwej Polski”, również wątek relacji polsko-żydowskich. Ten jest najciekawszy, bo nie tylko delikatnie dotyka tabu, to wnosi nową wiedzę dla przeciętnego widza, pozostając przy tym na polskim gruncie. Pewnie dlatego mimo słabej realizacji i równomiernie przeciętnej grze aktorskiej, ciekawość widza cały czas tli się na niskim, acz stałym ogniu.

Cóż zatem innego mogłem w myślach wypowiedzieć po wyjściu z kina niż sakramentalne „mam nadzieję, że książka jest lepsza”?

Tytuł: Ziarna prawdy
Reżyseria: Borys Lankosz
Scenariusz: Borys Lankosz, Zygmunt Miłoszewski
Premiera: 2014
Czas Trwania: 110 min.
Produkcja: Polska

Dodaj komentarz