Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

IntoKino | 14/12/2017

Scroll to top

Top

Warto tęsknić do Feminy

Warto tęsknić do Feminy

Choć tli się ruch oporu, większość warszawiaków bez rozdzierania szat, z delikatnym tylko przekąsem przyjęła informację, że niewidzialna ręku rynku powoli odkręca śruby w fotelach kina Femina. Dyskontowa sieć kroczek po kroczku wydeptuje sobie prawo, zamienienia najstarszego kina w Stolicy w raj tanich zakupów spożywczych. Większość mieszkańców do dziś z rozrzewnieniem wspomina kino Moskwa, Skarpa czy Wars, a jednak los Feminy wydaje się przechodzić do porządku dziennego, z łatwością koparki wywożącej gruzy jej poprzedników. Dlaczego?

Żeby było jasne, Femina nie jest jeszcze stracona, a przywiana z różnych stron energia społeczna publikuje się tutaj. Nie składając zatem broni, zadaję pytanie o to dlaczego pozwalamy, by bezduszny kapitalizm po raz kolejny wbił się do naszych (duchowych) domostw.

femina4

 

Czy to my?

Zacznę od posypania głowy popiołem i przyznam, że i ja w pierwszym odruchu nie mrugnąłem okiem na wieść o losach kina. Femina jest dla mnie kinem dosłownie „za rogiem”, a nie pamiętam, kiedy ostatnio zagościłem w jej skromne progi. Ale i ja byłem kiedyś wiernym widzem; to w tym kinie obejrzałem niejedną głośna premierę lat. 90-tych, a w sali D, która z pewnością mniejsza jest od każdego „dużego pokoju” PRL-owskich blokowisk, spędziłem najlepsze licealne wagary. Dodam, że w moim odczuciu największa sala w Feminie jest jedną z najlepszych sal kinowych w Warszawie.

Może zatem rynkowe miechy dobrze analizują zasadę podaży i popytu, typując kolejny lokal do zmiany funkcji? Może to ja powinienem bić się w piersi, z pokorą biorąc na barki bankructwo porzuconej, również przeze mnie, placówki?

Femina była klasycznym, warszawskim kinem w czasie PRL, by po przełomie systemowym stać się kinem wielo-salowym, bijącym w latach 90. rekordy frekwencji. Po przebudowie zyskała cztery sale, przynosząc do wolnego kraju powiew nowoczesności i uzupełniła słownik o nowe pojęcie kina „multi”. A z biegiem czasu i wzrostem konkurencji jej rola ograniczyła się do postaci kina dzielnicowego.

Ale co ważne, jak donoszą wieści, warszawski lud nie całkiem opuścił kino, będące w stanie zarobić na niewysoki czynsz. Niestety „stosunkowo niewielki czynsz” jest tu pojęciem kluczowym i jego fundament, czyli pieniądze, są główną kartą przetargową. Stara, brutalna zasada naszego rynku twierdzi, że tylko maksymalizacja nie jest stratą. Można przecież zarobić więcej – a „lepiej jak jest więcej”, jak głosi ludowa piosenka.

 

femina8

 

Femina, czyli tam i z powrotem

Na jakich zasadach 80-letni lokal kulturalno-rozrywkowy, służący wielu pokoleniom warszawian, w tak łatwy sposób może zmienić swój charakter?

Argument jakoby tego typu kin było w Warszawie wystarczająco dużo, jest chybiony. Femina jest – a raczej powinna być – specyficznym kinem studyjnym o rozbudowanej (dosłownie) formie. I tu chyba tkwi pogrzebany pies jej dzisiejszej sytuacji. Na pewno ciężar odpowiedzialności powinni wziąć na siebie decydenci, traktujący kino jak zwykły obiekt komercyjny, oraz spadkobiercy (o czym później). Lecz co ważne, zaryzykuję również tezę, że za obecną sytuację ciężar odpowiedzialności spada częściowo na operatora kina.

W istocie Femina próbuje rywalizować z nowoczesnymi multipleksami, oferując dokładnie ten sam repertuar. Taka filozofia skazana jest na porażkę – i nawet jeśli nie jest to porażka finansowa („stosunkowo”), to jest to porażka estetyczna, którą prędzej czy później ktoś z większą kasą będzie chciał wykorzystać, i tak się własnie dzieje.

Jeden z moich przyjaciół ze śmiechem wspominał swoją niedawną wizytę w Feminie, w której do dzisiaj wisi plakat z wydarzenia organizowanego przez niego kilka lat temu. Ale to jeszcze nic, sprawne oko dostrzeże pięknego Leonardo, pałającego uczuciem do Kate Winslet, w podróży dawno zatopionym statkiem. Niestety, jeśli ktoś chce przypomnieć sobie cudowną estetykę lat 90. obowiązkowym punktem wycieczki powinien być hall kina, wraz ze smutnym barem oferującym pachnący popcorn.

Porzucenie kina przez „młodą” i „niszową”, ale też „modną” Warszawę, jest na pewno jednym z kluczy do zrozumienia jej dzisiejszego statusu. A można przecież inaczej. Pobliskie kino Muranów z sukcesem prezentuje filmy mniej czy bardziej niszowe, dystrybuowane przez Gutka. Leciwa Luna, mimo marnej organizacji, zachowuje status kina ambitnego, w którym organizowane są przeglądy i festiwale, filmy dla seniorów etc., dzięki czemu jest ważnym ośrodkiem okolicznej kultury. Nie została też zepsuta tandetnym remontem i choć wtajemniczeni wiedzą, że sypie się w proch, ma szanse utrzymać swój ambitny charakter oraz dokonać jakościowej zmiany, dzięki trwającemu właśnie przetargowi na nowego operatora.

Jednak czy kująca w oczy tandetność Feminy, musi oznaczać wyrok śmierci zaocznego sądu? Absolutnie nie. Femina ma wszelkie możliwości, by dorównać ambitnym wymogom estetycznym i programowym, a dzięki świetnym, dużym salom, mogłaby też generować dodatkowe zyski z kina popularnego. Zamiast tego bierze udział w wyścigu kina komercyjnego, w którym skazana jest na porażkę. Taki program i styl muszą być przestrogą dla każdego kina quasi-studyjnego.

 

Moralne prawa… i obowiązki

Inne, poważne wątpliwości budzi też fakt, iż właściciel kamienicy odzyskując do niej prawa, nie miał formalnego obowiązku, przestrzegać pierwotnego charakteru pomieszczeń kinowych. Wybudowana w latach 30. kamienica od początku była częściowo przeznaczona na teatr/kino i takie jest jej 80-letnie dziedzictwo. Właściciele powołują się na fakt, iż jako bezpośredni spadkobiercy mają moralne prawo decydować o funkcji budynku tak, jak o funkcji kulturalnej zadecydował ich przodek i budowniczy kamienicy.

Możliwe, że z punktu widzenia formalno-prawnego tak właśnie jest, lecz z uprawnieniami moralnymi nie był bym taki pewien. Prawa nie obywają się bez obowiązków.

femina7

 

Rola Feminy uspołeczniła się przez 80 lat działalności i współtworzy tradycję miejskiej tkanki. Śmiem przypomnieć o drobnym fakcie, jakim było zniszczenie niemal całego miasta podczas wojny – i czy nam się to podoba czy nie, to społeczne siły (i pieniądze) pozwalają stać Feminie w środku miasta, zamiast przy prowincjonalnej, zarośniętej chwastami drodze. Niezależnie od tego, jak odbywa się reprywatyzacja, większość przedwojennych właścicieli i ich bezpośredni spadkobiercy nigdy nie odzyskają swoich majątków, gdyż owe zwyczajnie nie istnieją. Skoro Warszawa oddaje to co się ostało, dostatecznie moralnym byłoby pozostawić to, co w międzyczasie współtworzyła, np. klasyczne, warszawskie kino.

 

A Warszawa?

Kino Femina jest jednym z nielicznych stołecznych placówek, nadających jej autentycznie miejski charakter. Lokal o stosunkowo niewielkiej witrynie to wspominek dawnej, gęsto zabudowanej Warszawy i jedno z nielicznych nawiązań do tego typu kin w pięknych stolicach Europy.

To naprawdę duża różnica w percepcji miasta, gdy większość kin wita nas u progu tysiącami metrów kwadratowych sieciowego handlu. Takie jednoznaczne połączenie ze świątyniami konsumpcji, w postaci centr handlowych (tzw. galerii, kolejne zawłaszczenie), odbiera miastu charakter, a widza pozbawia szansy koncentracji i swobodnej ucieczki wyobraźni do świata filmu. Zamiast tego każe mu przedzierać się przez krzykliwy tłum w poszukiwaniu oddalonego transportu lub zagubionego na parkingu samochodu.

Przy takiej filozofii i estetyce nasze życie będzie niedługo przypominać tandetny program w przerwie między reklamami. Jesteśmy mistrzami bycia ultra, a Biedronka zamiast Feminy to tego kolejny przykład.

Obecny charakter Feminy absolutnie nie powinien przysłaniać niepowtarzalnego potencjału, który w niej drzemie. Warto zachować to kino, tak jak i niezbędnie należy zmienić jego estetykę i ofertę. Nie tylko na rzecz widzów, lokalnej społeczności i długiej tradycji tego miejsca, ale też dla przyszłości nieprowincjonalnej Warszawy.

P.S. 21 września 2014 r. Kino Femina zakończyło działalność.

Dodaj komentarz