Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

IntoKino | 21/10/2017

Scroll to top

Top

„Smoleńsk” – telenowela nie do zlekceważenia (reż. Antoni Krauze, 2016)

„Smoleńsk” – telenowela nie do zlekceważenia (reż. Antoni Krauze, 2016)

Bezwzględnych recenzji „Smoleńska” jest mnóstwo i trudno się dziwić, bo z punktu widzenia warsztatu filmowego jest to dzieło bardziej dorównując estetyce telenowel niż wielkiego kina. A jak wiadomo telenowele cechuje intelektualna infantylność i „Smoleńsk” nie jest tu wyjątkiem. Ale mimo wszystko nie można filmu lekceważyć, tak samo jak nie ma sensu analizować go jedynie w kategoriach filmoznawczych, bo nie został stworzony dla uznania krytyków. Dlatego „for the record” parę słów o funkcji tytułowego filmu.

Fenomenem jest fakt, że im więcej recenzji „Smoleńska” tym więcej wypunktowanych nieścisłości, pomieszanych faktów, błędów realizacyjnych itd., ale nic dziwnego, bo żeby je wynotować, trzeba by zorganizować seans ze stonotypistką. Dlatego nie będę się pastwił nad scenami zapamiętanymi przeze mnie i przypomnę tylko podstawowe założenia filmu, a kilka przytoczonych scenek to tylko czubek góry lodowej.

Film Krauzego nie wskazuje żadnych dowodów na zamach, lecz stanowi konglomerat różnych teorii, które zamieniają się w wybuch na pokładzie sprokurowany przez nieznanych sprawców. W pierwszych scenach widzimy odlatującego znad lotniska Iła z zamykającymi się lukami, przez radio słychać komunikat „ładunek zrzucony”, by w ostatniej scenie eksplozja rozerwała samolot od wewnątrz, co na mój gust nie mieści się w tym samym ciągu logicznym.

smolensk-jezeli-lot-byl-przygotowany-tak-jak-film-to-chyba-znam-prawde

„Dowodami” na ów zamach mają być działania szarlatańskich postaci przewijających się na ekranie, jak dyplomata (Zelnik) oraz wydawca telewizyjny (w tej roli Redbad Klynstra z karykaturalną twarzą-maską reprezentującą Zło). Tuszując domniemany zamach, dbają by „teoria” o błędach pilotów była jedyną słuszną, eliminując wszystko i wszystkich zgłaszających wątpliwości, w domyśle „ewidentnie” oczywiste. Kluczowe konfabulacje dotyczą operacji próbnego lądowania i przebiegu śledztwa. W początkowo beztroskiej dziennikarce (Fido) powoli budzi się świadomość, że coś tu jest nie tak, aż w scenie przełomowej ta dobra dziewczyna mówi nawet brzydkie słowo na „k” (oprócz tego każdą scenę ubarwia perlistym uśmiechem, nawet wtedy gdy wita rodziny ofiar wychodzące z pogrzebu).

Brak sensownej struktury nie ma jednak żadnego znaczenia. Ważniejsze od dowodów jest zilustrowanie powszechnej atmosfery medialnych kłamstw i głębokiego smutku rozumnych Polaków nie dających się zaczadzić teorią wypadku – czyli jak na rasową agitkę przystało widzimy lustrzane odbicie rzeczywistości. Niewierzący w zamach są wulgarni, Rosjanie zimni i lekceważący, a jedyne dobro płynie spod Pałacu Prezydenckiego, pod którym modli się dostojna matka głównej bohaterki. Reprezentuje obrońców krzyża, przedwojenną inteligencję i polską wielopokoleniowość, stawiając między nimi równik. W ramach bonusu film sieje dodatkowe postawy ksenofobiczne i dla przykładu w scenie protestu przeciwko pochówkowi pary prezydenckiej na Wawelu, w dobrze widocznym drugim rzędzie stoją młodzieńcy mieszanych ras, wspólnie wykrzykując chamskie hasła. To jasne, że to nie są prawdziwi Polacy.

Większość recenzentów skupia się na niewątpliwie wątłym warsztacie twórczym i aktorstwie rodem z oper mydlanych, co zapewne jest próbą działań koncyliacyjnych na rzecz zwolenników zamachu – gdyż nie ustosunkowując się wprost do tez postawionych w filmie, w domyśle wyrażają gotowość do rozmowy i odmiennych opinii. Postawa sama w sobie chwalebna, lecz może okazać się niewystarczająca, gdyż zawiera błąd logiczny warty wypunktowania.

Wyobraźmy sobie na moment, że fabuła „Smoleńska” zostaje odsączona z niespójnych fragmentów, pachnących paranoją czy po prostu napisanych zbyt grubą kreską. Sprawny scenarzysta pomija wszelkie dowody na rzecz katastrofy, pichcąc ekstrakt z półprawd i, w rzeczywistości, niezwiązanych ze sobą faktów. Umiejętni aktorzy, ubarwieni dobrymi dialogami, odkrywają zamach, albo przynajmniej niewątpliwy spisek przeciwko prezydentowi. Macki układu sięgają poza horyzont, a to wszystko w rytm dynamicznego filmu z zapierającymi zdjęciami, emocjonującym śledztwem i autentyczną traumą kraju pogrążonego w żałobie po śmierci 96 pasażerów feralnego lotu (niektórzy krytycy chwalą złożoną z archiwaliów początkową część filmu, tak jakby nie rozumieli, że transfer na teorie zamachu prawdziwych emocji z trudnych dni po katastrofie jest kolejną niegodziwą socjotechniką).

Czy taki film chwalilibyśmy za dobry warsztat? Cały cymes polega na tym, że takiego filmu nie tylko nie dało się zrobić – takiego filmu robić się nie opłacało – bo tylko w telenoweli upchnąć można wszelkie niewiązane z sobą wątki i zdarzenia, zaczadzając głowy nieudokumentowanym i nieracjonalnym podejrzeniem zamienionym w twardą tezę.

Dlatego trzeba wprost opisać i nazwać pełną skalę wymowy filmu. „Smoleńsk” jest przede wszystkim antagonizującym i propagandowym przekazem do wszystkich wierzących w spisek i tych, którzy nie są w stanie z pełnym zrozumieniem analizować manipulacyjnego procesu wykuwania społecznych wątpliwości co do przebiegu zdarzeń. Efektem jest już między innymi często słyszane przeze mnie stwierdzenie, że „nigdy nie dowiemy się, jak to do końca było”.

„Tylko w telenoweli można tak skutecznie upchnąć
wszelkie niewiązane z sobą wątki i zdarzenia,
zaczadzając głowy nieudokumentowanym
podejrzeniem zamienionym w twardą tezę”

Obecnie rządząca partia mistrzowsko posługuje się PR-em politycznym. W sposób przemyślany i precyzyjny nadaje komunikaty na wszelkich poziomach estetycznych i intelektualnych, dzięki czemu tak zdecydowanie odsadza konkurencję. Dostrojenie do nieźle wyczuwanych potrzeb opinii publicznej owocowało kreowaniem Jarosława Kaczyńskiego na męża stanu w wyborach prezydenckich po katastrofie, Andrzeja Dudę na nowoczesnego tradycjonalistę, a PiS na konstruktywną, acz bezkompromisową siłę polityczną prawdziwych patriotów (z nie bez przypadku nieobecnym w czasie kampanii Macierewiczem i jego teoriami). Agresywnych wyzwisk na temat pokaźnej grupy społeczeństwa o innych poglądach nie będę nawet wspominał, ale one też są doskonale przemyślane.

Przynajmniej częściowo trzeba się pogodzić, że tego typu zabiegi są częścią politycznego reality show i nikt nie jest od nich wolny, lecz podtrzymywanie przy życiu teorii zamachu, jest przekroczeniem wszelkich granic braku odpowiedzialności za Państwo i jego obywateli. A wszystko to w celu pielęgnacji nastrojów i poglądów swojej grupy wyborców, bo to dla nich gra owa telenowela, a „Smoleńsk” jest jednym z jej odcinków.

A telenowele nigdy się nie kończą, ewentualnie po wielu wielu latach i przy ogromnych protestach miłośników i oto chodzi. Stąd moje delikatne utyskiwanie na recenzentów. Owszem, krytyk zajmuje się warsztatem, a widz sam decyduje czy zgadza się z przesłaniem filmu czy nie. Tylko że w tym wypadku nie chodzi o to, by film się podobał bądź nie – chodzi o to by jego tezy i wizja rzeczywistości ciągle trwały, żeby unosiły się nad nami niczym wieczna mgła, w tym wypadku z pewnością sztuczna.

Tragedia w Smoleńsku nie jest wypadkiem takim jak każdy. Wywołał uzasadniony wstrząs i zrodził wątpliwości w społeczeństwie tak ciężko doświadczonym w XX w. i nadmiernie podatnym na teorie spiskowe – jesteśmy przecież na jednym z ostatnich miejsc w Europie w badaniach zaufania społecznego (nie wspominając o poziomie czytelnictwa). Badanie katastrofy wymagało ekstremalnej transparentności i wysokiej jakości komunikacji ze społeczeństwem. Z powodu ich braku, dokładnie sprawdzony materiał dowodowy przez „komisję Laska” z trudnem przebijał się do głównego nurtu. Na dokładkę czarny PR lobbujących na rzecz teorii zamachu odsądzał od czci i wiary członków komisji, spychając w próżnie fakt, że są to pierwszorzędni i doświadczeni fachowcy z ogromnym doświadczeniem zawodowym. Innymi słowy „cudze chwalicie, swego nie znacie”, by tylko przywołać apele do USA o pomoc w śledztwie. Dlatego nie można poprzestać na prześmiewczych komentarzach dotyczących formy filmu, potrzebne jest też punktowanie propagandy, której „Smoleńsk” służy i będzie służył, bo widzowie telenowel są bardzo cierpliwi i niechętni kończeniu jakiegokolwiek wątku.

Na akcję „Smoleńska” jest reakcja w postaci przypomnienia bardzo solidnego filmu National Geographic analizującego wypadek (poniżej). Ponadto polecam wywiad z Laskiem analizujący większość koncepcji i stwierdzeń padających w „Smoleńsku”, rozwiewając wątpliwości, mogące po seansie pojawić się w nawet najbardziej odpornej głowie. A jeśli ktoś jest zainteresowany typową recenzją filmową to odsyłam do tekstu Jakuba Sochy, w którym bezlitośnie wskazuje swoistą paralelę w twórczości Antoniego Krauzego.

A reżyser przyznał w niedawnym wywiadzie, że podczas realizacji nie czuł się „sterem i okrętem” i jestem ciekaw, czy świadomość bycia zaledwie narzędziem w rękach propagandzistów pozwala mu spokojnie spać. Oprócz infantylności trzeźwiącej wielu widzów „Smoleńska” jest na szczęście jeszcze jedna cecha filmu, która może nam pomóc; a mianowicie jest cholernie nudny i mniej więcej po godzinie każde kolejne minuty zachęcają do ucieczki z pokładu, i słusznie. Niestety miłośnicy tasiemców zostaną aż do zderzenia z ziemią.

Tytuł: Smoleńsk
Reżyseria: Antoni Krauze
Scenariusz: Marcin Wolski, Maciej Pawlicki, Tomasz Łysiak, Antoni Krauze
Premiera: 2016
Czas Trwania: 120 min.
Produkcja: Polska

 

Dodaj komentarz