Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

IntoKino | 21/10/2017

Scroll to top

Top

„Ostatnia rodzina” w poszukiwaniu źródła (reż. Jan P. Matuszyński, 2016)

„Ostatnia rodzina” w poszukiwaniu źródła (reż. Jan P. Matuszyński, 2016)

Prawdziwy taniec śmierci prezentuje rodzina Beksińskich, ale jest to taniec wyrafinowany i dostojny. Tylko Tomek robi bardzo zamaszyste ruchy i można go chyba określić jako idealne zobrazowanie słonia w składzie porcelany. Porcelaną jest absolutnie wszystko, od miski matczynej zupy rozbijanej o ścianę, po kobiece ciało niezdarnie dotykane przez neurotycznego kochanka, co jest szczególnym wyczynem zważywszy, że Tomkowi udało się nawet zniechęcić kobietę trzymającą w dłoni pejcz. Czyli niby była gotowa na trudne wyzwanie, ale nie aż tak.

Matuszyński sprawnie rysuje obraz nadciągającej katastrofy. Pomagają mu wszyscy aktorzy, i na mój gust trudno tu kogoś wyróżniać. Ogrodnikowi zarzuca się pewne przerysowanie postaci Tomka, ale przecież udramatyzowanie bohatera jest naturalne, gdy opowiada się historię opartą na faktach. Andrzej Seweryn także nieco koloryzuje postać Zdzisława Beksińskiego, eksponując jego drobne dziwactwa. Jest to zabieg słuszny bo tylko tak możemy się upewnić, że ekscentryczne opinie o świecie artykułowane przez artystę, idą pod rękę z jego osobowością na codzień skrytą przed ludźmi. Można zresztą samemu porównać, bo część scen z filmu jest kopią jeden do jednego nagrań z kamery Beksińskiego i bez trudu można je znaleść w sieci.

Reżyser bardzo sprawnie prowadzi kamerę, znajdując idealny balans między kinem fabularnym a rejestracją quasi-dokumentalną. Odtworzenie mieszkania bohaterów i ogólna scenografia może nie jest wielkim wyczynem, bo i dziś połowa mieszkań na Służewie wygląda tak samo jak w filmie, ale jej wykonanie jest pierwszorzędne.

Pewnie słusznie Matuszyński nie zagłębia się w malarstwo Beksińskiego, bo jego oceny są różne, a przede wszystkim jest ono tylko objawem osobowości, a nie źródłem. Podobnie pozostawia w niedopowiedzeniu zajęcia syna. Skupia się na ich chorobie konsumującej wszelkie relacje międzyludzkie. W związku z tym porzuca również życie ekonomiczno-społeczne. Cały ten chaos okresu przełomu systemowego, trudne życie artysty, dziki kapitalizm i codzienna walka o ogień nie występują w filmie, zgodnie z charakterem rodziny, dla której zewnętrzny świat był tylko infantylnym tłem.

Pytanie co w związku z tym nam pozostaje. Nie poznajemy przemian i fascynacji artystycznych ojca, ani translatorskiej pasji Tomasza, na przykład w ramach której przełożył na polski grunt humor Mothy Paytona i innych. Dla mnie osobiście ewidentną cechą Beksińskich, oprócz ich choroby, była namiętna chęć badania rzeczywistości. Owszem, łączyła się z ucieczką do malarskiej samotni lub odgrodzeniem od świata słuchawkami na uszach, ale na pewno była podszyta wysokim intelektem, nie tylko depresją. Ale tego intelektualnego statusu niestety w filmie nie odczujemy, co najwyżej jego delikatne symptomy, i to moje jedyne, ale dość kluczowe zastrzeżenie do „Ostatniej rodziny”.

Efektownie jest skierować obiektyw na warczącego faceta w ataku neurozy, ale na dłuższą metę staje się to rozrywką dla gawiedzi. „Co za dziwak” będzie jak echo powtarzać się w kinowych kuluarach, jeśli nie narysuje się odpowiedniego zaplecza dla choroby Beksińskiego juniora, a tego trochę zabrakło. Innymi słowy ważnym jest pytanie, czy smutna puenta życia rodziny Beksińskich, do której reżyser pędzi jak taran, to jedyny powód by o nich opowiadać.

Są tacy, którzy twierdzą, że życie Beksińskich zakończyło się happy endem, bo okoliczności ich śmierci spełniły pragnienia każdego nich. Można powiedzieć, że trafili szóstkę w totka, ale takie bezwzględne spojrzenie to przecież nie jest cała historia. Śmierć kolejnych członków rodziny stanowi efektowną klamrę dla ciekawych biografii. Ich specyfika może tworzyć drugie dno dla fanów, budować legendę etc., lecz to życie bohaterów filmu jest pierwszym inicjatorem tych znaczeń.

W tym kontekście warto wspomnieć książkę Grzebałkowskiej „Portret podwójny”, dzięki której Beksińscy stali się tak znani. Perspektywa pisarki była klarowna. Opowiadała dzieje rodziny i złożone przemiany artystyczne ojca, jednocześnie rysując ciekawy obraz Polski drugiej połowy XX w. z jej oczywistymi komplikacjami (co było ułatwione między innymi trwałą i fascynującą miłością artysty do technologii i rejestrowaniu codziennego życia). Anioł śmierci postawił efektowne i smutne zakończenie, do czego przyczyniła się także Grzebałkowska bardzo sprawnie rozpisując cały proces odchodzenia rodziny w zaświaty.

Natomiast Matuszyńskiemu udało się oddać niewypowiedzianą miłość ludzi pogrążonych we wspólnej chorobie. Pokazuje traumatyczne objawy skomplikowanej psychiki i artystycznych intelektów. Każdemu po równo i w niewielkiej dawce, niczym lekarz skupiając się na leczeniu objawowym. Efektownie to wygląda, Seweryn i Ogrodnik dają pokaz kunsztu, lecz niewiele można powiedzieć o źródłach ich postaw. Reżyserowi udało się odtworzyć materialną codzienność rodziny i opowiedzieć jej przygnębiający koniec, ale ten wciągający film jest tylko ogólnym zarysem, może nawet wstępem do historii o Beksińskich i ich traumach. Śmierć jako wstęp – to by się spodobało panom Beksińskim.

Tytuł: Ostatnia rodzina
Reżyseria: Jan. P. Matuszyński
Scenariusz: Robert Bolesto
Premiera: 2016
Czas Trwania: 124 min.
Produkcja: Polska

Dodaj komentarz