Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

IntoKino | 18/10/2017

Scroll to top

Top

Czy te oczy mogą kłamać? Chyba tak… – „Kto się boi Virginii Woolf?”, reż. Mike Nichols, 1966

Czy te oczy mogą kłamać? Chyba tak… – „Kto się boi Virginii Woolf?”, reż. Mike Nichols, 1966

„Kto się boi Virginii Woolf?” jest ekranizacją popularnej sztuki o tym samym tytule, którą do dziś można zobaczyć na deskach niejednego teatru, również w Polsce. Film był dla mnie odkryciem niczym odnalezienie wraku Titanica, bo mimo wielu dekad od powstania drzemie w nim niezmiennie „współczesna” siła, co potwierdza witalność oryginalnej wersji, a nie tylko jej nowoczesnych przedstawień. Owa moc wynika właśnie z tego, że żadnego „teatru” nie uświadczymy we wzajemnych relacjach bohaterów – są prawdziwi do bólu.

Elizabeth Taylor i Richard Burton stworzyli pełnokrwiste postaci małżonków, niepewnych czy pogrążyć się w namiętnym oddaniu, czy równie gorliwym mordobiciu. By ich wielopoziomowy konflikt skuteczniej zobrazować i nadać czasoprzestrzenną głębię, do ich domostwa zaproszono młode małżeństwo w roli poimprezowych gości (George Segal i Sandy Dennis), stające się punktem odniesienia i echem dawnych pragnień dla doświadczonej pary.

Czas akcji to tylko kilka nocnych godzin i zwrócę uwagę, że oprócz wciągających meandrów psychologicznych równie wielki podziw wywoływały we mnie ilości wysokoprocentowych trunków wypijanych przez bohaterów. W tym filmie chyba nie ma sceny bez butelki lub eleganckiej szklanki z lodem i brandy.

Kto się boi Virginii Woolf?

Może być to metoda i usprawiedliwienie dla coraz większej wylewności bohaterów, co i rusz zdradzających intymne tajemnice, popadając przy tym w coraz mniej stabilny nastrój. Atmosfera zagęszcza się, bo jak to w życiu, gdy już pękną hamulce, mówimy wszystko, co „zawsze” chcieliśmy powiedzieć…

Jest to interesujące, bo rozmówcy cechują się inteligencją i odpowiednim posmakiem snobizmu, co jest również istotną składową tej relacji. Taylor jest typem kobiety, po której ma być widać glorię przeszłości i powoli odchodzące piękno. Burton typem inteligenta, który stracił już męskie poczucie kontroli sytuacji. Oboje jeszcze próbują walczyć o zachowanie statusu, co widać w szermierskich, często ślepych wypadach. Wplątana w sytuację „młodzież” najpierw współczuje starszym kolegom, by z biegiem czasu bronić się przed błogosławieństwem od niespełnionego związku, z przerażeniem odkrywając pierwsze objawy kroczenia podobną ścieżką.

„Kto się boi Virginii Woolf?” jest ekranizacją sztuki teatralnej Edwarda Albee, w swoim czasie wywołującej niemały skandal. Po raz pierwszy na deskach Broadwayu tak dosadnie użyto języka codzienności, nie odpuszczając porządnego „rzucania mięsem”. W latach 60. XX w. ciągle było to nie do pomyślenia, więc plany ekranizacji wzbudzały równie duże kontrowersje. Nie wspominając, że wszystkie postaci są przedstawicielami konkretnej grupy społecznej i reprezentują klasę wyższą – postać grana przez Taylor jest córką profesora i szefa uczelni zarazem, Burton jest wykładowcą historii, a ich młodzi goście rozpoczęli kariery naukowe.

Reżyser Mike Nichols nie zmienił pierwotnego stylu dialogów, a i cały scenariusz pozostał niezmiernie wierny oryginałowi. Finalnie Warner Bros. był zmuszony do delikatnego ocenzurowania filmu oraz umieszczenia informacji, iż młodzież poniżej 18 roku życia może udać się do kina tylko w towarzystwie dorosłych – co było rygorem pozornym, bo całe kino było przecież wypełnione dorosłymi, więc nie rozumiem po co ten wymóg przyprowadzenia „własnego” dorosłego (sic!)

Bomba była tym większa, że role główne grali Elizabeth Taylor i Richard Burton, wielkie gwiazdy amerykańskiego show-biznesu. On „najseksowniejszy” siłacz, ona najpiększniejsza, tajemnicza „Kleopatra” sprzed dwóch lat. Ale to nie wszystko, bo para aktorów, która poznała się właśnie na planie „Kleopatry”, była już także małżeńtwem, wywołując plotki i skandale na tle porzuconych rodzin.

Jednocześnie, znając wybuchowe charaktery obydwojga, od razu stawało się jasne, że to role dla nich wymarzone – a na pewno wymarzone dla widzów. Wcześniej planowano obsadzić w nich Bette Davis i Jamesa Masona, i do tego pomysłu często odnoszono się w ocenach Taylor i Burtona, którzy jednak poradzili sobie zaskakująco dobrze. Chyba rzeczywiście trenawali w domu, jeszcze zanim poznali scenariusz.

Who's Afraid of Virginia Woolf?

Tekst sztuki „Kto się boi Virginii Woolf” bezwzględnie wymaga psychologicznego realizmu i dzięki temu jest tak uniwersalny mimo upływającego czasu. Według obserwatorów to dzięki pracy reżysera Mike’a Nicholsa Burton i Taylor osiągnęli tak duży stopień autentyzmu, bo i wcześniej i później zdarzało im się zaliczać drobne wpadki. W tym przypadku skutecznie pozbywają się aktorskiej maniery, nad czym pracowano dopiero od kilku lat w kinie światowym. Jako małżeństwo w dojrzałym wieku potrafią zewrzeć się w zapaśniczym uścisku, nie szczędząc sobie razów i szturchnięć oraz miłości zagubionej gdzieś w niespełnieniu kilku ważnych sfer życia.

Techniczna forma realizacji pozostaje stosunkowo klasyczna, acz najwyższych lotów. Nichols nie bawi się w eksperymenty z kamerą, skupiając całą uwagę na tekście. Uznanie dla reżysera było tym większe, że był to jego debiut i po dziś dzień jeden z najsłynniejszych debiutów w historii Hollywood, gdyż jako jedyny otrzymał wszystkie najważniejsze nominacje do Oscara (w sumie 13). Mike Nichols zaczął zatem z wysokiego (albo i najwyższego) „C”, co nie przeszkodziło mu w zrobieniu już rok później „Absolwenta”, który jest jeszcze bardziej rozpoznawalnym klasykiem.

Tytuł: Kto się boi Virginii Woolf? (ang. Who’s afraid of Virginia Woolf?)
Reżyseria: Mike Nichols
Scenariusz: Ernest Lehman
Premiera: 1966
Czas Trwania: 131 min.
Produkcja: USA

https://www.youtube.com/watch?v=tirJ547MX9E

Dodaj komentarz