Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

IntoKino | 15/12/2017

Scroll to top

Top

„11 minut” na pohybel sobie i wszystkim, reż. Jerzy Skolimowski

„11 minut” na pohybel sobie i wszystkim, reż. Jerzy Skolimowski

Atrakcyjnie filmowana Warszawa w „11 minut” przynosi sporą satysfakcję, ale Skolimowski nie jest taki naiwny, by ładne fotografie łączyć z ludzką naturą. Patologiczne aktywności bohaterów stanowią główną oś jego najnowszego filmu, prowadząc od fantazji i zdrad do głębokiego bucha, a widoki eleganckich apartamentów i górujących nad nimi cielesnych rządz znajdują równowagę w okolicznym slamsie przy Próżnej.

„11 minut” zapętla kilka historii w tytułowym czasie, wśród w większości nie związanych ze sobą postaci i generalnie aktorzy nieźle wywiązują się ze swych zadań. Choć rzeczywiście Chyra w roli sprzedawcy hot-dogów sprawia wrażenie jakby wśród klientów bardziej wyczekiwał Wokulskiego z Prusem, niż zblazowanych miłośników keczupu z majonezem, ale scenarzysta daje przecież krótki komentarz na temat jego nienagannej dykcji. Rozczarowani występem Dawida Ogrodnika powinni zrozumieć, że nie musi on w każdym filmie grać niepełnosprawnego Hamleta, a konstrukcja fabuły nie pozwala na to niemal nikomu, bo indywidualności nie są w tej opowieści najważniejsze.

Zło na przemian z niedopowiedzeniem pulsują w filmie czarną krwią. Słychać w eterze zarzuty o zbyt jednorodne postawy bohaterów, ale jeśli ktoś wierzy, że dobra dusza ma objawić się w każdym filmie, to powinien na stałe przenieść się do Hollywood. Może Skolimowski w zderzeniu z ostatecznością tak właśnie widzi swój świat i chyba warto się nad tym pochylić. Szczególnie gdy przypomnieć go sobie jako młodego reżysera i aktora z „Rysopisu” i kilku poźniejszych filmów, w których nieustannie zadawał pytania o to kim i jakim być. 50 lat później, na skutek nagłego i traumatycznego doświadczenia rodzinnego Skolimowski odpowiada ilustracją powszechnej choroby ego – może też swojej, a może innych.

„11 minut” imponuje dynamiką i namiętnością do pracy kamerą. Dobre zdjęcia, montaż i muzyka (Paweł Mykietyn) tworzą konsekwentną formę prawie do końca filmu, fachowo budując także drugi plan, co jest bolączką tak wielu rodzimych produkcji. Natomiast niewątpliwie konstrukcja zaproponowana przez twórcę sprawdzić się mogła tylko wtedy, gdy dobrze rozegra się zakończenie, nadciągające nieuchronnie niczym ciemne chmury sztormu.

Niestety zdaje się, że w kluczowym momencie zarówno operator jak i reżyser pośliznęli się na mokrej podłodze, wykonując gest rozpaczy. Spontaniczny okrzyk rozbawienia rozbrzmiał na sali kinowej wśród części widzów i nie ukrywam, również u mnie. Nieśmiała próba racjonalizacji u mojego towarzysza w kinie szukała rozwiązania w ideach kampu, czyli zamierzonego kiczu, ale obawiam się, że słowo „kamp” trzeba z tego zdania wykreślić.

Wielka szkoda, bo nie najmłodszy reżyser pokazał wielu młodym twórcom, jak z energią budować napięcie i utrzymywać je na wysokim poziomie, mimo narzuconych samemu sobie trudnych zadań narracyjnych. Ponadto jak może mi się nie podobać „11 minut”, skoro mam wrażenie, że Skolimowski łaził po Mirowie, śledząc moje codzienne ścieżki. Plac Grzybowski, na którym krzyżują się drogi wszystkich bohaterów, to mój stały punkt odniesienia. Osiedle za Żelazną Bramą góruje masywnym blaskiem nad moim skromnym domem, a doszczętnie zasrany przez gołębie park na tyłach Hal Mirowskich jest mym nieuniknionym skrótem do warszawskiego highlife’u i to wciąga, gdy język filmowy posługuję się twoim własnym podwórkiem. Uwzględniając ważniejszy jeszcze fakt, że film się świetnie ogląda, postuluję, by zakończenie wedle uznania dośpiewać sobie samemu.

Tytuł: 11 minut (ang. 11 minutes)
Reżyseria: Jerzy Skolimowski
Scenariusz: Jerzy Skolimowski
Premiera: 2015
Czas Trwania: 81 min.
Produkcja: Polska, Irlandia

Dodaj komentarz